Anegdota o …rzeczy (niegdyś) niewymownej

Anegdota o …rzeczy (niegdyś) niewymownej

Po zakończeniu II wojny światowej w siemianowickich szkołach podjęto naukę. Również w liceum im. J. Śniadeckiego, które wtedy było Państwowym Gimnazjum Koedukacyjnym im. Jana Śniadeckiego.

Oto przytoczona za Antonim Halorem pikantna historia z tych czasów:

„Wyobraźmy sobie źle ogolonych dwudziestokilkuletnich dryblasów, którzy wrócili do domu, albo których ze wszystkich stron świata przywiały do Siemianowic Śląskich wojenne losy. Chłopy, okrutnie doświadczone, ubrane byle jak, w stare bluzy Wehrmachtu, w battle dresy, w wydeptanych butach i w czym tam kto miał. Andrzej Opoka przytoczył mi taką soczystą anegdotę. Angielskiego uczyła wówczas Zofia Gansiniec, żona sławnego filologa klasycznego, wykładowcy Uniwersytetu Warszawskiego Ryszarda Gansinca.

Musiała być kobietą wyzwoloną, bo chodziła w kusych spódniczkach. Panowie oczywiście dostawali małpiego rozumu. Każdy chciał siedzieć w pierwszej ławce. Gdy wykładając pani Zofia chodziła po klasie bez przerwy spadały uczniom ołówki na podłogę, co było okazją do zejścia do parteru i podglądania „tego i owego”. Po sali niósł się szept – MA RÓŻOWE!

Pani Zofia udawała, że niczego nie słyszy kiedy jednak przyszła pewnego razu w wyjątkowo kusej spódniczce i natychmiast rozległ się klekot spadających ołówków, pani profesor już od drzwi spokojnie i głośno oznajmiła – DZISIAJ JESTEM W BIAŁYCH! Sala zamarła, a uczniowie dziwnie poczerwienieli”.

No cóż, w czasach kiedy w Googlach można zobaczyć wszystko lub prawie wszystko, taka opowieść na pewno obecne młode pokolenie zmusza do refleksji…

(Z okazji studniówek za książką Antoniego Halora „Nasza buda. Szkice z historii I LO im. J. Śniadeckiego” przytoczyliśmy)

Czytaj nas, co wtorek. Powiadamiać Cię e-mailem ?
Powrót do strony głównej, czyli najnowszego wydania naszego Tygodnika