Rosomak z Siemianowic [cz.7]

Rosomak z Siemianowic [cz.7]

# Boks, piłka nożna i nauka zawodu

Nastały lata sześćdziesiąte. Choć II wojna światowa
już dawno minęła, jej reperkusje nadal były
odczuwalne w zakładzie. Świadczą o tym na przykład
wspomnienia Michała Rumina, obecnie specjalisty ds.
marketingu w Rosomak S.A., o ojcu – Jacku Ruminie.
Rozpoczął on pracę w zakładach w 1965 roku.
Miał to szczęście, że pracował w brygadzie na
Wydziale Silnikowym z o wiele starszymi osobami od
siebie, a fart polegał na tym, że brygady były podzielone
na tych, którzy walczyli w drugiej wojnie światowej
siłą wcieleni do wojska niemieckiego i tych z armii
ludowej – wspomina Michał Rumin. Nieżyjący już
ojciec opowiadał mu jakie historie o tamtych czasach
słyszał przy śniadaniu – ojciec, facet z Sosnowca, miał
na początku ciężkie chwile, gdyż wszyscy myśleli, że
jako rasowy „gorol” nie zna języka śląskiego. Któregoś
dnia ojciec nie wytrzymał i perfekcyjną „śląszczyzną”
powiedział im o sobie. Wtedy się dowiedzieli, że
pochodzi z…Rybnika gdzie gwara śląska była wtedy
standardem. Dzięki temu miał za sobą tzw. wkupne!
W podobnym czasie do zakładu trafił Ryszard
Warwas – wieloletni pracownik WZM, obecnie na
emeryturze. Miał wtedy zaledwie 14 lata. Jak tak
młody chłopak mógł zacząć pracę? Przy fabryce
funkcjonowała szkoła zawodowa. Rodzice uczniów
podpisywali specjalna umowę z zakładem i dzięki
temu ich dzieci rozpoczynały na tej podstawie naukę
w zawodówce. Częścią takiej zawodowej edukacji
były praktyki w siemianowickiej fabryce. Wielu starszych
pracowników, którzy przeszli przez tą szkołę,
narzeka, że nauka tam skracała im wakacje z dwóch
miesięcy do zaledwie dwóch tygodni. Po tak krótkim
odpoczynku, resztę kanikuły musieli spędzić pracując
w zakładzie.
Mój ojciec był górnikiem i gdy wybierałem szkołę
powiedział, że w żadnym razie nie powinienem
pracować na kopalni. W moim przypadku rodzice
zdecydowali o tym, że trafiłem do zakładu – opowiada
Warwas – do tej pory tu pracuję i sobie chwalę. Kierownictwu
ze mną chyba też się dobrze pracuje, bo cztery
razy się zwalniałem i za każdym dawali podwyżki.
Robert Harwath do zakładu trafił również po
podstawówce – Do szesnastego roku życia pracowaliśmy
po sześć godzin na dobę, a potem to już osiem.
I jeszcze soboty były wtedy pracujące. Dlaczego więc
wybrał przyzakładową zawodówkę? Sam przyznaje,
że powodów było kilka: tradycje rodzinne, mieszkał
blisko zakładu… ale: Co tu dużo gadać, ciągnęło mnie
do tych wojskowych pojazdów, nawet prywatnie mam
teraz taki militarny samochód.

Czytaj nas, co wtorek. Powiadamiać Cię e-mailem ?
Powrót do strony głównej, czyli najnowszego wydania naszego Tygodnika